21 maj 2013

Misja „Freston”

 Strona przeniesiona na zeszytykombatanckie.pl

Wstęp

Przekazuję Czytelnikom historię brytyjskiej misji, której temat został częściowo opisany w naszych „Zeszytach” 8 lat temu, wówczas w bardzo skromnym nakładzie. Budzi ona nadal zainteresowanie, jak i okoliczności jej pobytu w kraju. Uzyskanie nowych informacji pozwala na bardziej wnikliwą analizę historyczną. Należy nadmienić, że o skierowanie do kraju alianckiej misji występował już na początku 1944 r. płk/gen. Jan Zientarski bezpośrednio po objęciu Komendy Okręgu Radomsko-Kieleckiego, a także płk artyl./gen. Aleksander Krzyżanowski, Komendant Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego AK. Później zwracano się jeszcze parokrotnie w tej sprawie do Komendy Głównej AK, a następnie do Szefa Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie. Motywacją była ówczesna sytuacja wojskowo-polityczna.


W lutym 1944 r. linia frontu wschodniego przebiegała kilka kilometrów na wschód od m. Kowel. Oddziały sowieckie 13 i 60 Armii 1 Frontu Ukraińskiego przekroczyły granice Polski wąskim klinem w rejonie m. Sarny i 2 lutego 1944 r. zajęły miejscowość Równe i Łuck. Wojska 2 Frontu Białoruskiego w operacji „Bagration” dotarły do płn.-wsch. granic wileńszczyzny.

Gen. Zientarski zdawał sobie sprawę z nieuchronnych komplikacji politycznych po wejściu Armii Radzieckiej na tereny Polski. Już wówczas – chociaż skąpe – wiadomości docierały o rozbrajaniu i przymusowym wcielaniu żołnierzy Armii Krajowej do armii gen. Berlinga. Miał więc nadzieję, że taka sojusznicza misja będzie występować jako rozjemca w spornych sprawach między wojskami sowieckim a oddziałami AK.
Po prawie rocznych staraniach, 7 października 1944 r. płk/gen. J. Zientarski został powiadomiony depeszą radiową przez gen. Stan. Tatara ps. „Turski”, „Sokora” o skierowaniu w najbliższym czasie brytyjskiej Misji, której nadano kryptonim „Freston”. Jak ustalono Misja ma być delegowana do Komendy Głównej AK, a Komendant Okręgu Radomsko-Kieleckiego „Jodła” miał zapewnić bezpieczeństwo delegatom – oficerom brytyjskim, umieszczając ich w ugrupowaniach partyzanckich.
Celem wojskowym Misji było:

  • zapoznanie się ze stanem uzbrojenia Armii Krajowej, które wówczas było niedostateczne dla podjęcia walk w ogólnonarodowym powstaniu,
  • analizowanie stosunku AK do innych ugrupowań partyzanckich oraz Armii Radzieckiej,
  • uczestniczenie Misji przy Dowódcy AK lub Dowódcy Okręgu w ustalaniu warunków ujawniania się i rozbrajania po zajęciu przez wojska sowieckie terenów na zachód od Wisły.
Przebieg „Misji Freston” i jej powrót – z „przygodami” – do Wielkiej Brytanii relacjonują, w dalszej treści tego artykułu, wiarygodne wspomnienia członka delegacji, polskiego oficera łącznikowego, kpt. Antoniego Pospieszalskiego „A. N. Currie” pt. „Misja brytyjska w Polsce 1944-1945”.
Przedstawiamy również osobiste wspomnienia i wrażenia żołnierza w oddziale ochrony, ppor. Zbigniewa Wojciechowskiego „Naglący”, „Zbych”, zatytułowane „W obronie angielskiej Misji Wojskowej” oraz prof. mjr. Floriana Budniaka, inż. leśnika, pt. „Udział w Akcji „Freston”.
W nocy z 14/15 października z Londynu do bazy w Brindisi we Włoszech przybyło samolotem pięciu członków Misji „Freston”, skąd mieli odlecieć do Polski. Wraz z nimi przylecieli dwaj lotnicy: d-ca polskiej eskadry mjr St. Król, który miał objąć funkcję oficera łącznikowego przy BAAF1), oraz płk Roman Rutkowski „Rudy”2) przewidziany do odlotu najbliższym lotem do kraju dla przygotowania przyjęcia Misji.

Odlot do Polski członków Misji przewidywano „Mostem IV” na lądowisko o kryptonimie „Świetlik”. To konspiracyjne lądowisko leżące w odległości 11 km na płd-wschód od m. Secemina w Okręgu „Jodła”, było na zlecenie gen. „Bora” przygotowane od września 1944 r. Przylot miał się odbyć samolotem transportowym „Dakota” z załogą polską. Po wyładowaniu delegatów Misji samolot miał zabrać w drodze powrotnej pięcioosobową ekipę przygotowaną przez Komendę Główną AK. Jednak ze względu na zbyt wczesną zimę i trudne warunki pogodowe oraz i to, że nastąpiło znaczne zagęszczenie frontu wojny odwodowymi oddziałami niemieckimi w pobliżu terenu lądowiska, zdecydowano lot odwołać.
Pierwszy lot z sześcioosobową Misją wykonano nocą 21/22.10.1944 r. samolotem  Liberator z załogą polską, który zabrał na pokład również 2 paczki z ekwipunkiem Misji i 12 zasobników. Lądowisko przewidziano w bastionie odbiorczym „Ogórek-606” położonym w odległości 31 km na płd-wsch. od stacji kol. Częstochowa w pobliżu wsi Bystrzanowice. Na trasie lotu od Dunaju do Wisły panowało całkowite zachmurzenie i załoga samolotu nie mogła ustalić swego położenia. Po 10 godzinach lotu powrócono do bazy we Włoszech.
Drugi lot odbył się 18/19.11.1944 r. samolotem Liberator, również z załogą polską, na bastion „Ogórek-301”. Pilotem był W/O3) Henryk Jastrzębski, a nawigatorem F/O4) Stanisław Kleybor. Pogoda na trasie była zła, a noc bezksiężycowa. Nad Jugosławią i Węgrami niebo częściowo pokryte chmurami. Nad Polską panowała mgła, ziemia pokryta śniegiem i niski pułap chmur uniemożliwiał odnalezienie właściwego punktu odniesienia. Samolot znalazł się o godz. 22.10 nad Wisłą na wschód od Krakowa. Jednak nawigator nie mógł ustalić dokładnie swego położenia z powodu złej widoczności, więc zawrócono i lądowano z Misją w bazie po 9.45 godzinach lotu (zapisy załogi w dzienniku pokładowym).
25/26 grudnia, w Boże Narodzenie, po miesięcznej przerwie wznowiono loty. Do kraju startowały wszystkie cztery Liberatory eskadry 1586 z lotniska Campo Casale. Na bastion „Ogórek-303”, po raz trzeci w operacji „Freston” załadowano na pokład samolotu sześcio-

1) BAAF – Balkan Allied Air Force (Bałkańskie Siły Lotnicze).
2) Odleciał następnego dnia 16/17.10.1944 w operacji „Poldek-1”, w której miał być zrzucony na spadochronie na placówkę „Ognicha” w Ob. Częstochowa. W rejonie tym panowała gęsta, przyziemna mgła i załoga nie odnalazła „kosza”, jak również zapasowych: „Lubczyk-601” oraz „Lipnica-609”. Na rozkaz płk. Rudkowskiego załoga skierowała samolot na bastion „Newa-611” w Okręgu Kraków, gdzie 6-osobowa ekipa dokonała skoków. Podczas tej operacji zginął ppłk Leopold Kizar „Czeremosz”. Opis tego zdarzenia jest zamieszczony w No 23 „Zeszytów Kombatanckich”.
3) Brytyjskie określenia funkcji i stopni W/O Warrant Officer – sierżant pilot.
4) F/O Flying Officer – porucznik pilot.
osobową ekipę Misji brytyjskiej oraz 3 paczki bagażu osobistego i 14 zasobników. Pilotem był F/Lt1) Edmund Ladro, nawigatorem F/Lt Roman Chmiel. Wyznaczona trasa prowadziła częściowo nad terytorium zajętym przez wojska sowieckie. Nad Adriatykiem piętrzyły się cumulusy, a nad Jugosławią niebo było bezchmurne aż do Karpat. Za Karpatami zaczęły pokazywać się chmury. Samolot ok. godz. 22.00 znalazł się nad Pilicą. Nad bastionem „Ogórek-303” i placówkami zapasowymi krążył od godz. 22.20 przez godzinę, załoga jednak nie dostrzegła umownych świateł. Pilot lądował z Misją we Włoskiej bazie po 11.40 godzinach lotu.
Po raz czwarty, 26/27.12.1944 r., z tą samą załogą, co poprzedniej nocy, pięcioosobowa Misja brytyjska poleciała ponownie na bastion „Ogórek-303”. Na pokład załadowano 15 zasobników i 3 paczki. Tym razem nie poleciał członek Misji mjr Alan Morgan, ponieważ został odwołany. Pilot E. Lardo wystartował z lotniska Campo Casale o godz. 16.10. Jako drugi pilot leciał A/C2) gen. pil. Ludomił Rayski, który po raz drugi asystował Misji.
Od Karpat niebo było częściowo pokryte niskimi chmurami. W rejonie Jędrzejowa trzy reflektory próbowały złapać Liberatora w swój stożek. Nad lądowiskiem niebo było bezchmurne. Pilot dokonał zrzutu w sześciu nalotach w ciągu 19 minut z wysokości
ok. 300 m. W pierwszym nalocie ok. 21.02 zrzucił 2 paczki. W drugim, trzy minuty później, zrzucił wszystkie zasobniki i paczkę. W pozostałych czterech nalotach skoczkowie skakali pojedynczo, tylko w piątym nalocie wyskoczyło ich dwóch. Pilot po 9.45 godzinach lądował w bazie. Z kraju dopiero 3 stycznia potwierdzono depeszą odbiór zrzutu, informując, że drugi skoczek lądował 900 m. od placówki.

Henryk Myśliński.



Antoni Pospieszalski „A. N. Currie”, Anglia
MISJA BRYTYJSKA W POLSCE 1944-1945

Gdyby doszło do wysłania brytyjskiej misji wojskowej do Polski w roku 1943, lub w pierwszej połowie 1944 r. w okresie „Burzy” i przed Powstaniem Warszawskim, mogłaby ona zaważyć na działaniach Armii Krajowej, na stosunku zwycięskiej Armii Czerwonej do polskiego wysiłku zbrojnego. A może nawet „Jałta” wypadłaby trochę inaczej. Ale operacja „Freston” doszła do skutku dopiero pod sam koniec 1944 r. i na trzy tygodnie przed ostatnią wielką ofensywą sowiecką, która zatrzymała się dopiero na linii Łaby.
Władze polskie, o ile mi wiadomo, od dawna domagały się, by dowództwo brytyjskie wysłało do Polski swoich obserwatorów. Skład misji był skompletowany już w lipcu
1944 r., tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego. A jednak trzeba było nam czekać jeszcze pół roku na odlot do Polski. Prawdopodobnie główną przeszkodą była odmowa Rosji na wysłanie Misji brytyjskiej na teatr wojny, który Rosja uważała za swoją własną domenę. Taka zgoda nigdy nie nadeszła i ostatecznie skończyło się tylko na poinformowaniu dowództwa sowieckiego o wysłaniu Misji do Polski. Tak więc Misja odleciała, bez formalnej zgody wschodniego sprzymierzeńca.

1) F/Lt, Flinght Lieutenant – porucznik pilot.
2) A/C, Air Commander – dowódca lotnictwa. Gen. L. Rayski był z-cą dowódcy Polskiego Lotnictwa na Zachodzie.

Jej skład był następujący: płk D. T. Hudson, D. S. O. – dowódca Misji, ppłk Peter Solly-Flood, I. C. – zastępca, mjr Peter Kemp, I. C. kpt. A. N. Currie, tłumacz i oficer łączności, C. S. M. Donald Galibarth, radiooperator. Przybrałem nazwisko A. N. Currie i legendę angielskiego oficera, gdyż wiedziałem, że prędzej czy później dojdzie do spotkania z Rosjanami. Szczegóły legendy tłumaczyły moją znajomość języka polskiego. Ta legenda utrzymywała się dobrze do samego końca prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie miałem potrzeby jej bronienia w toku fachowej indagacji.
Nasze zadanie, jasno określone, miało polegać na obserwowaniu i informowaniu bazy o wszystkim, co dotyczyło walki i oporu przeciw niemieckiemu okupantowi. Ponadto w miarę możności mieliśmy ułatwić pierwsze kontakty poszczególnych członków AK z Rosjanami w miarę posuwania się Armii Czerwonej. Pierwsze zadanie zostało wykonane w minimalnym zakresie, drugie okazało się zbyt ambitne i nie zostało wykonane wcale. Ogólny rezultat Misji równa się zeru; dobrze jeśli Misja nie przyniosła raczej szkody, jeśli śmierć jednego chłopca, który zginął przy rkm-e w naszej obronie, można uważać za szkodę. Nie była to wina Misji. Po prostu znaleźliśmy się w Polsce za późno, gdy już było prawie po wszystkim.

Moi angielscy koledzy mieli pierwszorzędne kwalifikacje do tego rodzaju roboty. Płk Hudson spędził dłuższy czas w Jugosławii, zarówno przy boku Mihailovica1), jak i u boku Tity, których obydwu darzył równie namiętną antypatią. Znał się doskonale na partyzantce i w pełni oceniał niezwykle trudne warunki terenowe dla partyzantki w Polsce, w przeciwieństwie do górzystej Jugosławii. Jego niewzruszonej postawie i pewności siebie wobec Rosji zawdzięczamy to, że Misja z rąk naszych wschodnich sprzymierzeńców wydostała się i nie staliśmy się ofiarami jakiegoś małego Katynia. Solly-Flood, z pochodzenia Irlandczyk, człowiek dużej kultury, mówił biegle po niemiecku i francusku co było dla mnie dużą ulgą w żmudnych obowiązkach tłumacza. Peter Kemp na pierwszy rzut oka robił wrażenie „przecywilizowanego” mieszczucha, był natomiast człowiekiem, który jak mucha na lep leci na każdą awanturę. W tamtym czasie miał już za sobą wielką przygodę w Albanii, a po powrocie z Polski natychmiast znalazł sobie nową serię przygód w Indonezji. Młodziutki sierżant Galbraith, nie wiadomo dlaczego nazwany Georgie, był świetnym radiooperatorem. Byliśmy wyposażeni w dwa aparaty typu AP-5 i dużą maszynę 20 Watową na wypadek utrudnionej łączności. Niestety, nie mieliśmy okazji z niej skorzystać, ponieważ nasza 20-watówka bardzo prędko wpadła w ręce Niemców.

13 października 1944 r. wylecieliśmy z Londynu via Neapol do Bari. Tam umieszczono nas w odludnej wilii „La Silva” pod Fasano, gdzie przesiedzieliśmy blisko 3 miesiące. Trzy razy zapowiadano nam „Operation” i trzy razy kończyła się ona lądowaniem w Brindisi. Za trzecim razem dolecieliśmy do Opatowa, ale z powodu złej pogody znowu musieliśmy wrócić i po 12 godzinach lotu znaleźliśmy się w bazie. To było w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Ale ledwie zdążyliśmy odespać ten nocny lot, gdy na następny dzień doszło do czwartej operacji, tym razem skutecznej.

Wylecieliśmy z Brindisi o godz. 16.00 i ok. godz. 22.00 wylądowaliśmy na placówce pod Częstochową w odległości 10 km od m. Żarki, leżącej na terenie włączonym do
Reichu. Przy skoku każdy miał swoją przygodę. Wszyscy moi towarzysze trochę się potłukli. Ja wylądowałem gładko, ale na zupełnym odludziu. Jak się potem okazało, wyskoczyłem o parę sekund za wcześnie i oczywiście na moje wołanie „Michał” odpowiedziało głuche milczenie i szum pobliskiego lasu. Noc była piękna, księżycowa. Zmarznięta ziemia lekko przykryta warstwą śniegu. 

1) Gen. Draża Mihailović – dowódca ćetników (ćetnik w jęz. serbskim – bojownik, partyzant), jugosłowiańskich oddziałów partyzanckich, podporządkowany Emigracyjnemu Rządowi w Londynie.

Brytyjska Misja Wojskowa o kryptonimie „FRESTON” na czele z płk. D. Hudsonem, doradcą premiera W. Brytanii, W. Churchilla, do spraw wschodnich – przed odlotem z Brindisi do okupowanej Polski. Wylądowali w lasach koło Częstochowy. Ochronę misji stanowiły oddziały 27 Pułku AK.
Zarzuciwszy spadochron na plecy poszedłem po grudzie, aż napotkałem grupę chłopców ze wsi, których zwabił warkot samolotu. Przy ich pomocy zorientowałem się w terenie, który dobrze znałem z mapy i już bez trudności, po pół godzinie znalazłem się na placówce. Przeklinałem sandwicze, którymi opchałem się na zapas w samolocie, gdyż w pobliskim folwarku czekało na nas prawdziwe polskie przyjęcie, befsztyki i monopolowa wódka. Przekonaliśmy się wówczas, że noc pod okupacją była polska. Nasi gospodarze zupełnie nie przejmowali się tym, że w o 5 km odległym Złotym Potoku stało 50 żandarmów, a w Żarkach jakieś 80 SS-manów. Dowódcą placówki i naszej ochrony w liczbie ok. 40 ludzi był ppor. „Twardy” – istotnie twardy żołnierz i przy tym zawzięty socjalista. Około północy poszliśmy na nocleg do wsi Kacze Błoto odległej o 5 km.
Następnego dnia „Twardy” przedstawił nam 2 oficerów, rosyjskich partyzantów, z którymi najwidoczniej był w doskonałej komitywie. Przekonaliśmy się również, że w oddziale „Twardego” służy 4 Anglików, byłych jeńców, którzy uciekli ze Stalagu 334, w Lamsdorf (Łambinowice). Po południu przeszliśmy do leśniczówki, gdzie złożyliśmy ciężki sprzęt na przechowanie. Poznałem tam wówczas (28 grudnia) por. „Romana” (por./kpt. Franciszek Makuch – szef ref. przerzutów powietrznych w Inspektoracie Częstochowa), z którym przy chowaniu sprzętu w leśnej ziemiance przeprowadziłem dłuższą rozmowę, w czasie której „Roman” wtajemniczył mnie (rzekomo Anglika) w prawdziwe zamiary Rosjan. Tam też nawiązałem po raz pierwszy łączność radiową z Londynem.
Te pierwsze kontakty z AK (ppor. „Twardy”, por. „Roman”, ppor. „Boruta”, kpt. „Timawa” d-ca baonu) zapoznały Misję z ogólną organizacją terenową i bojową Armii Krajowej, oraz z rolą miejscowych oddziałów w okresie mobilizacji i Powstania Warszawskiego. Byliśmy w rejonie 7 Dywizji i w sąsiedztwie 2 Dywizji, które teraz w okresie demobilizacji musiały znacznie zmniejszyć stany, tak że baon liczył ok. 80 żołnierzy. Pomimo, iż był to okres względnej bezczynności, wiele robiło bardzo dodatnie wrażenie na angielskich członkach Misji – sprawność z jaką odbywała się wymiana żołnierzy w czynnej służbie z czasowo urlopowanymi, dyscyplina, stosunek do ludności cywilnej, która za wszystkie swoje usługi otrzymywała należną zapłatę i na odwrót, stosunek ludności cywilnej do żołnierzy, którzy byli przedmiotem prawdziwej dumy, utożsamianej jako „Wojsko Polskie”. W późniejszych wędrówkach kilkakrotnie zetknęliśmy się z miejscowymi przywódcami Armii Ludowej, którzy wylewali przed płk. Hudsonem swoje zarzuty wobec AK. Płk Hudson jednak nie starał się o bliskie kontakty z AL. Natomiast interesowały go Narodowe Siły Zbrojne i skrzętnie zbierał informacje o Brygadzie Świętokrzyskiej, o „Bohunie”, „Żbiku” i „Żbikowcach”. 

W nocy 29/30 grudnia 1944 r. odbyliśmy 30-kilometrowy marsz na północ i o świcie stanęliśmy w majątku Włynice, niedaleko Radomska. Tu przeszliśmy pod opiekę innego oddziału, również w sile 40 żołnierzy. Spotkanie z mjr. „Stefanem”, d-cą 25 pp i panią Rubachową, właścicielką majątku, było źródłem wielu wiadomości o charakterze wojskowym i gospodarczym. Opór ludności przeciwko dostawom przymusowym i sabotaż gospodarczy były przedmiotem stałego zainteresowania płk. Hudsona.

Sylwester 1944 r. zastał nas w folwarku „Katarzynów” odległym o 4 km od Włynicy. Uczestniczyliśmy w hucznym obchodzie, wraz z żołnierzami i nie obyło się bez walenia na wiwat. Poszliśmy spać po północy. Nasze poczucie bezpieczeństwa było już wówczas na tyle ugruntowane, że po raz pierwszy od wylądowania w Polsce pozwoliliśmy sobie na zdjęcie mundurów i położenie się do łóżek. Przebudzenie było jednak niemiłe, gdyż ok. 8 rano wpadł do nas ordynans z wiadomością, że do folwarku podchodzą czołgi niemieckie. Nigdy jeszcze nie ubierałem się tak szybko. Gdy wypadłem na podwórze obładowany sprzętem, jak każdy z nas, wrzała już strzelanina. Dowódca Ochrony przydzielił nam dwóch chłopców, którzy mieli nas wyprowadzić opłotkami z opresji. Uciekaliśmy dzielnie i w 10 minut wpadliśmy do zbawczego lasu. Oddział wycofał się powoli w tym samym kierunku. Wtedy to zginął przy rkm żołnierz ochrony, kpr. „Newada” (NN). Niemcy spalili obory, stodołę i zabrali ze sobą p. Dembowską, właścicielkę folwarku. Pani Dembowska, jak się później dowiedzieliśmy, nie ukrywała przed Niemcami, że gościła u siebie 5 Anglików, którzy wałęsają się po kraju z oddziałem AK. Straciliśmy wówczas naszą 20-watówkę i całą zapasową odzież.

Po południu byliśmy jednak na powrót w folwarku. Ślady krwi na jednym ze stołów były dowodem, że przynajmniej jakiś Niemiec również porządnie oberwał.
Tak zaczął się Nowy Rok 1945. Na nocleg stanęliśmy we wsi Dudki, gdzie wczesnym ranem, jeszcze o zmroku, odbył się pogrzeb „Newady”. 2 stycznia przeszliśmy parę kilometrów dalej do miejscowości Mały Jacków. Tu znów miał miejsce alarm, który zmusił nas do spędzenia paru godzin w lesie. Ponieważ wypadł czas na nawiązanie łączności z bazą w Londynie, musiałem zainstalować aparat pod gołym niebem. Trzeba było powiadomić bazę o naszych przygodach. 3 stycznia 1945 r. w Małym Jackowie otrzymaliśmy wiadomość, że „Niedźwiadek” (gen. Okulicki) przebywa w leśniczówce Zacisze, parę kilometrów od Jackowa i że tam mamy się z nim spotkać. Rozmowa z gen. Okulickim była kulminacyjnym punktem naszego krótkiego i bezowocnego pobytu w okupowanej Polsce. Rozmowa zresztą wkrótce przerodziła się w obszerne expose Generała, który najpierw przedstawił ogólne niemieckie działania w Polsce, stan rozmieszczenia sił Armii Krajowej i stosunki z AL i NSZ, a potem przeszedł do bardziej aktualnego problemu polskiego podziemia do Rosji. Wskazał przykłady współpracy z Armią Czerwoną, której wykonanie kończyło się zwykle tragicznie dla żołnierzy AK. Dlatego w nadchodzącej ofensywie sowieckiej zmobilizowane oddziały AK nadal będą wspierać siły rosyjskie, ale nie ma mowy o otwartej współpracy i dekonspirowaniu się wobec Rosjan. Z chwilą objęcia terenu przez wojska rosyjskie, oddziały Armii Krajowej będą po prostu rozwiązywane. Generał podkreślił, że postawa polskiego podziemia wobec Rosji nie ma charakteru doktrynalnej opozycji w stosunku do komunizmu. Gdyby polski naród swobodnie zdecydował się na wybór ustroju komunistycznego, nie mielibyśmy nic przeciw temu. Ale nie o to chodzi. Ma być to proste ratowanie niepodległości Polski wobec zaborczej polityki naszego wschodniego sąsiada.
Wydaje mi się, że wówczas angielscy członkowie Misji po raz pierwszy zdali sobie sprawę z całej grozy położenia Polski w obliczu potęgi sowieckiej. W toku długich rozmów i dyskusji przeprowadzonych jeszcze podczas oczekiwania we Włoszech na odlot wiem, że dzielili oni zgodne z ogółem opinii brytyjskiej złudzenie co do prawdziwych intencji Sowietów. Ewolucja ich poglądów dokonywała się powoli, ale w ciągu trzech tygodni dojrzała zupełnie.

Kilka następnych dni spędziliśmy w majątku Rędziny, oczekując na zapowiedziane przez gen. Okulickiego spotkanie z dowódcą 7 Dywizji. Dni schodziły na rozmowach z prostymi ludźmi i okolicznym ziemiaństwem, którzy często nas odwiedzali. Głównym jednak źródłem informacji był por. „Alm” (Józef Kowalski), który został przydzielony do nas przez Generała w charakterze oficera łącznościowego, oraz ppor. „Jerzy” (Szymon Zaręba), brat p. Rubachowej z Włynicy, którego poznaliśmy kilka dni wcześniej. Wysłaliśmy też parę depesz do bazy, ale łączność była utrudniona, gdyż psuła się nam prądnica.

7 stycznia wróciliśmy ponownie do Jackowa. 9 stycznia zostaliśmy zaproszeni na wieczór do sąsiedniego Liegenschaftu w Odrowążu, którym zarządzał Polak. W czasie tego wieczoru płk Hudson wzniósł toast na cześć czterech przywódców państw sprzymierzonych: Churchila, Roosevelta, Mikołajczyka i Stalina. Gwałtowna reakcja zebranych na to ostatnie nazwisko zaskoczyła moich angielskich kolegów i dała asumpt do żywej dyskusji pomiędzy mną a Solly. Widział on w tej reakcji objaw nierozsądnego nacjonalizmu i wyraził obawę, że właśnie ta postawa Polaków tłumaczy w pewnym stopniu wszystkie represje rosyjskie. Nasze poglądy na Rosję wciąż jeszcze różniły się znacznie.

11 stycznia 1945 r. monotonnym już porządkiem rzeczy przeszliśmy znowu na starą kwaterę do Rędzin. Przygotowaliśmy sobie tym czasem ubrania cywilne i fotografie do kennkarty. W najbliższych dniach zamierzaliśmy wybrać się w szeroki świat – najpierw do Radomska, potem do Częstochowy. „Alm” nawet miał w przygotowaniu jakąś akcję zbrojną, w której mieliśmy brać udział. Ale następny dzień zakończył nagle nudę naszego oczekiwania i przekreślił wszystkie plany. W nocy z 12 na 13 stycznia zbudził nas jednostajny pomruk dalekiego ognia zaporowego artylerii. Z nastaniem dnia nad naszymi głowami pojawiły się myśliwce sowieckie i niemieckie. Mieliśmy okazję przypatrzeć się niejednej walce. Zaczęła się ofensywa. Płk Hudson próbował przez „Alma” nawiązać łączność z gen. Okulickim, ale bezskutecznie. Wiedzieliśmy już, że nasza misja w Polsce dobiega końca. 15 stycznia mieliśmy już wiadomość, że Rosjanie przekroczyli Pilicę. Niektórzy widzieli już czołgi sowieckie w Małuszynie odległym od nas o kilkanaście kilometrów. Wieczorem tego dnia przeszliśmy szybko do Włynicy, gdzie spodziewaliśmy się zastać mjr. „Stefana” i ewentualnie jakąś wiadomość od gen. „Niedźwiadka”. Wiadomości nie było. Ostatni wieczór spędziliśmy w ziemiańskim domu, stał się nie tylko dla mnie symbolem końca jednej epoki.

Dowódca Ochrony otrzymał rozkaz rozwiązania swojego oddziału. Ochrona nie była nam już potrzebna. Zadaniem naszym było teraz nawiązanie kontaktu z dowództwem Armii Sowieckiej. Dzień 16 stycznia 1945 r. spędziliśmy w odludnej, nie zamieszkałej chacie koło folwarku Katarzyna. Do Londynu nadałem ostatnią depeszę donosząc, że znajdujemy się w rejonie Koniecpola i w najbliższym czasie oddamy się w ręce rosyjskie. Było mi bardzo niewesoło na duszy. Prądnica nawalała jak zwykle, ale ucieszyłem się, gdy po żmudnym nadaniu depeszy otrzymałem pokwitowanie. Na tej depeszy zależało mi więcej niż na wszystkich innych.

Powzięliśmy, jak się okazało, niemądry zamiar, by przed oddaniem się w ręce rosyjskie odzyskać całość naszego sprzętu, a nade wszystko drugi aparat A-5, który w tym czasie został przeniesiony z kryjówki pod leśniczówką Kacze Błoto do Żytna. Właściciel Żytna p. Siemiński, znany nam już z rozmów w Redzinach, miał wskazać miejsce, w którym aparat jest przechowywany. W tym celu Solly Flood i ja wybraliśmy się chłopską furmanką w stronę Żytna. Przy okazji mieliśmy zorientować się w sytuacji. Po drodze ujrzeliśmy grupę żołnierzy niemieckich obdartych i wymęczonych. Patrzyli na nas obojętnie. Chłopskie kurtkinarzucone na nasze battle-dressy niewiele im mówiły, kim naprawdę jesteśmy. Ale gdyby nawet ujrzeli nas w pełnym umundurowaniu i przy orderach, nie okazaliby większego zainteresowania.

Gdy wynurzyliśmy się z lasu na otwarte pole, o parę kilometrów od Żytna sytuacja stała się natychmiast jasna. Drogą wiodącą przez Żytno ciągnęła na zachód nieprzerwana kolumna samochodów, dział i furmanek. Nawet polne, boczne drogi były zatłoczone wojskiem rosyjskim. Nie zdjęliśmy chłopskich kubraków, ale dla pewności wyjęliśmy materiał identyfikujący, przygotowany na tę okazję jeszcze na bazie: płócienne szmatki z napisem „Anglijski Officer” z Union znaczkiem po drugiej stronie. Kałmuckie twarze patrzyły na nas z zainteresowaniem, ale zdołaliśmy przejechać bez przeszkód do samego dworu. Tu panowała Sodoma i Gomora. Biedny p. Siemiński pełnił honory domu, starając się uratować cokolwiek z dobytku gospodarstwa, którym zdobywcy raczyli się sowicie i bez pytania. Okazało się, że Siemiński nie bardzo wie, gdzie się znajduje nasz zapasowy aparat. Ale gdyby nawet wiedział, nie na wiele by się to zdało. Teraz trzeba było dogadywać się z Rosjanami.

Znaleźliśmy paru starszych oficerów i pułkowników, którym z pomocą p. Siemińskiego wyjaśniliśmy, kim jesteśmy i czego chcemy. Te pierwsze rozmowy były dość przyjemne i w rezultacie znalazła się „maszyna”, która powiozła nas parę kilometrów do kwatery (o ile zdołaliśmy się zorientować) dowódcy dywizji czy korpusu. W małej izbie chłopskiej zamienionej na prędce na siedzibę sztabu, ze światłem elektrycznym i dużą mapą frontu na ścianie, znaleźliśmy się w towarzystwie dwóch wyższych oficerów. Generał, niewielki ciemny człowiek o twardych rysach, trzymał się w czasie rozmowy na uboczu, a jego towarzysz, gruby i przyjaźnie uśmiechnięty pułkownik NKWD, prowadził indagację. Pomagając sobie tu i ówdzie zasłyszanym wyrazem rosyjskim wyjaśniłem po polsku, kim jesteśmy. Powiedziałem, że dowódca Misji z resztą naszej grupy znajduje się w folwarku Katarzyna, że Misja po wypełnieniu zadania ma się jak najprędzej zameldować w Brytyjskiej Misji Wojskowej w Moskwie. Wszelkich bliższych wyjaśnień może udzielić płk Hudson. Ale pułkownik najwyraźniej nam nie wierzył. Nasze dowody osobiste nie przekonały go tym bardziej, że najwidoczniej nie znał liter łacińskich. Utrzymywał z uporem, że mój dowód opiewa na inne nazwisko, a nie to, które podałem i które widniało w dowodzie, mianowicie Currie. Kilkakrotnie padło słowo „szpion”. W toku indagacji pułkownik chciał się dowiedzieć, kim był dowódca naszej ochrony, gdzie jest jego oddział, co robi itd. Nie można było odmówić dania wprost odpowiedzi na te pytania, gdyż to tylko utwierdziłoby naszego indagatora w przekonaniu, że ma do czynienia ze szpiegami. Odpowiadaliśmy wymijająco, że nie możemy udzielić żadnych bliższych informacji w nieobecności płk. Hudsona. Po tej rozmowie odwieziono nas z powrotem do dworu, gdzie dla utrzymania dobrych stosunków międzyludzkich musieliśmy wziąć udział w dzikiej popijawie. Piliśmy jak najostrożniej, by zachować trzeźwy umysł w nieprzyjemnej sytuacji. A już stanowczo odmówiliśmy spełnienia któregoś tam toastu, gdy zamiast wódki znalazła się w szklankach benzyna.

Następnego dnia pojechałem samochodem pod eskortą do Katarzyny, gdzie Hudson i Galbraith poprzedniego wieczoru, podobnie jak my, cementowali przyjaźń brytyjsko-sowiecką alkoholem z inną grupą oficerów radzieckich i to w tym samym domu, z którego 2 tygodnie temu Niemcy nas tak nieuprzejmie przepędzili. Teraz wróciliśmy wszyscy razem do Żytna, gdzie Hudson został natychmiast awansowany na generała. Ja byłem znowu tłumaczem. Rozmowa miała przebieg bardzo podobny do rozmowy z poprzedniego wieczora. Hudson również nie chciał odpowiedzieć na trudne pytania dotyczące Armii Krajowej twierdząc, że najpierw musi złożyć pełne sprawozdanie swym przełożonym w Misji Wojskowej w Moskwie. Prosił zatem o jak najszybsze przewiezienie naszej Misji do Moskwy. W rezultacie tej drugiej rozmowy kazano nam złożyć broń i oddać dokumenty osobiste (za pokwitowaniem) i umieszczono nas w areszcie w żytniewskim dworze pod czujną opieką jakiegoś majora, który sypiał z nami w tym samym pokoju i przez cały czas nie spuszczał nas z oka.

Sytuację naszą pogarszał fakt, że istotnie mieliśmy wobec Rosjan niezupełnie czyste sumienie. W Katarzynowie zdecydowaliśmy się zabrać ze sobą do Moskwy jednego z naszych oficerów łącznikowych z AK, ppor. „Jerzego”, na którym ciążył wyrok śmierci wydany przez AL. Tak się złożyło, że w składzie Misji było właśnie jedno miejsce wakujące. Tuż przed odlotem z Brindisi został odwołany ze składu Misji kpt. Alun Morgan, którego nazwisko – jak przypuszczaliśmy – musiało figurować na liście członków Misji przedstawionej w swoim czasie władzom sowieckim. „Jerzy” zatem przypiął sobie dystynkcje oficera brytyjskiego i razem z nami znalazł się w żytniewskim areszcie. Jakoś dało się wytłumaczyć fakt, że nasz nowy Alun Morgan nie miał dowodu osobistego. Gorzej, że Alun Morgan nie umiał prawie ani słowa po angielsku.
Pierwsze zetknięcie z dowództwem rosyjskim miało miejsce 17 stycznia. Rozmowa Hudsona z generałem odbyła się 18 stycznia 1945 r. Pięć dni przesiedzieliśmy w areszcie domowym w Żytnie. Graliśmy w karty, a Solli przez okno obserwował nieprzerwany ruch kolumn samochodowych po żytniewskiej drodze. Doszedł do wniosku, że 90% parku samochodowego w tej ofensywie stanowił materiał Lend-Lease, głównie amerykańskie Dodge. Pozostałe 10% to były rachityczne sowieckie wersje Forda i furmanki konne.

23 stycznia zapakowano nas do odkrytej ciężarówki i powieziono do Radomska, gdzie po jeszcze jednej „alianckiej” kolacji z wódką, w obecności znowu jakiegoś sowieckiego pułkownika przespaliśmy się uczciwie w zarekwirowanym mieszkaniu.
24 stycznia przejechaliśmy znowu jakieś 90 km na południowy-wschód do Jędrzejowa. Następnego dnia z powrotem na zachód do Częstochowy. W tej podróży dodano nam do towarzystwa jakiegoś starszego pana w niemieckim mundurze i kozackiej czapie, który z niewzruszonym spokojem znosił bezceremonialne traktowanie ze strony eskorty. Wołali do niego „Własow”. Nie mieliśmy jednak możności dowiedzieć się, kim naprawdę był.

W Częstochowie nowy duch w nas wstąpił. Może stąd odlecimy wreszcie do Moskwy? Zamiast tego znaleźliśmy się na noc w pogestapowskim więzieniu przy ul. Śląskiej. Dotychczas byliśmy w pewnego rodzaju areszcie domowym i podróżowaliśmy pod eskortą. Teraz znaleźliśmy się w zabitej deskami, prymitywnej celi, z zapluskwionymi pryczami, silną lampą elektryczną palącą się dzień i noc, oraz przysłowiowym „judaszem”. Rano wyprowadzono nas na dziedziniec, gdzie umyliśmy się z rozkoszą pod pompą, nie zważając na wymierzone w nas bezceremonialnie pepesze.
Ja jako Polak byłem podświadomie przygotowany na tego rodzaju obrót sprawy, ale moi angielscy koledzy – sojusznicy przecież całą gębą – nie posiadali się ze złości i zdumienia. Płk Hudson dawał temu wyraz w sposób zupełnie niedwuznaczny i przy każdej okazji domagał się widzenia z oficerem, przynajmniej równym mu stopniem, którego mógłby zwymyślać i zwrócić uwagę na niewybaczalną pomyłkę. Te protesty – o dziwo – odniosły skutek, bo na następną noc przeniesiono nas na pierwsze piętro do uczciwej celi, która miała tylko zakratowane okna i przyznano nam tzw. porcje oficerskie. W dodatku przydzielono nam dwóch jeńców niemieckich, w tym jednego porucznika do sprzątania celi. Ci ludzie byli strasznie wyczerpani i wygłodzeni. To też ukradkiem częstowaliśmy ich kawałkami czarnego chleba.

W tej celi przesiedzieliśmy tydzień. Płk Hudson nie przestawał protestować i wymyślać. Domagał się widzenia z wyższym oficerem. Wraz z Sollym napisał długą epistołę do sowieckiego dowództwa frontu, marszałka Koniewa, w której wyliczył wszystkie krzywdy, jakie spotkały nas ze strony nieznanych nam ludzi, którzy nie raczyli się nam nawet przedstawić. W tym kontekście generał, z którym rozmawialiśmy w Żytnie, został określony na indywiduum podające się za generała. Oczywiście, list ten nigdy nie dotarł do gen. Koniewa, ale jednak zrobił widocznie wrażenie, gdzie należy. Przypuszczam, że Rosjanie na froncie istotnie nie wiedzieli nic o naszej Misji, chociaż powinni byli wiedzieć. Toteż nie byli zdecydowani, co z nami zrobić. Jeżeli nawet mieli ochotę zlikwidować ten problem najprostszym dla nich sposobem, to ustawiczne protesty Hudsona i jego pewność siebie musiały w ich umysłach zasiać pewne wątpliwości.

W rezultacie, 1 lutego 1945 r. znalazł się oficer sowiecki równy stopniem naszemu dowódcy, czyli płk Semienko, który bardzo grzecznie przyjął Hudsona, ze mną jako tłumaczem. Początkowo między mną a sowieciarzem pośredniczył zastraszony tłumacz polsko-rosyjski. Wkrótce okazało się, że pułkownik doskonale rozumie moją polszczyznę. Zapytał nawet: „Wy Polak?”, na co oczywiście odpowiedziałem: „Niet, Angliczanin”. Pułkownik powiedział nam, że istotnie zaszła pomyłka, ale dotychczas nie ma żadnej instrukcji z Moskwy. Gdy instrukcje te nadejdą, niewątpliwie pojedziemy do Moskwy.

W wyniku tej rozmowy zostaliśmy następnego dnia przeniesieni do bardzo przyzwoitego, kilkupokojowego mieszkania przy ul. Waszyngtona. Dano nam nawet bardzo przyzwoity odbiornik radiowy, dzięki któremu mogliśmy się wreszcie zorientować w sytuacji wojskowej i politycznej. Nadal byliśmy jednak pod ścisłą strażą. Funkcje opiekunów pełniło dwóch podporuczników sowieckich, których zapraszaliśmy do wspólnego z nami stołu. Opiekunowie woleli jednak jadać osobno w kuchni. Usługiwał nam bardzo sprawny ordynans. Wolno nam było przechadzać się po dziedzińcu domu. Korzystaliśmy z tych okazji, by nawiązać rozmowy z innymi mieszkańcami domu, Polakami. Raz nawet znaleźli się na dziedzińcu dwaj jeńcy brytyjscy. Ale te rozmowy były zabronione. Nasi opiekunowie uparcie interweniowali i raz z tego powodu doszło do ostrej awantury między Hudsonem a jednym z oficerów sowieckich.

Po tygodniu nadeszła wiadomość, że wkrótce odlecimy do Moskwy. Zapowiedziano nam, że wraz z nami poleci pewien oficer AK. Ów AK’owiec istotnie zameldował się do nas z wielkim tupetem. Wyglądał wspaniale. Prawdziwy partyzant, w battledressie z biało-czerwoną opaską na ramieniu i ogromną futrzaną czapą z orzełkiem. Zwróciłem uwagę płk. Hudsonowi, że akowiec pomimo, iż jest ubrany prawdziwie po akowskiemu, to jednak mówi po polsku z wyraźnym cudzoziemskim akcentem. Akowiec utrzymywał, że jest zrzutkiem z Anglii. Nietrudno było sprawdzić, że kłamie. Przyparty do muru „akowiec” przyznał się, że jest Austriakiem i ze łzami błagał, by go zabrać do Moskwy, gdzie tworzy się wolny rząd austriacki. Cała historia wyglądała na szytą grubymi nićmi prowokację, która miała nas skompromitować w oczach sowieckich sprzymierzeńców. Dlatego mimo łez „akowca”, powiedzieliśmy o naszym odkryciu sowieckim opiekunom. Ale ich to odkrycie wcale nie wzruszyło i oświadczyli – „A i tak poleci z nami do Moskwy”. Nie mieliśmy nic przeciw temu, byle nie leciał tam jako jeden z nas.

11 lutego 1945 r. na błotnistym lotnisku pod Częstochową (w Kłomnicach) oczekiwał nas sowiecki Duglas (D. O. 3). Pierwszego dnia podróży przeskoczyliśmy do Mielca, gdzie spędziliśmy noc w jakimś wiejskim GS’ie. Tu opieka nad nami była mniej ścisła i mogliśmy sobie pogadać z miejscowymi chłopami. Był to teren, na którym reżim lubelski był już dobrze zagospodarowany, ale nasi rozmówcy nie ukrywali przed nami zawiści do reżimu. Tu dowiedzieliśmy się, jak wygląda zaprowadzona przez system lubelski sprawa dostaw przymusowych, jak została przeprowadzona reforma rolna i jaka była reakcja ludności na tę reformę.

Następnego dnia, może później, polecieliśmy naszym Duglasem do Lwowa, gdzie spędziliśmy noc w strasznie zniszczonych zabudowaniach Szkoły Rolniczej w Dublanach. W samym mieście nie byliśmy. 14 lutego 1945 r., przy obrzydliwej pogodzie, lecąc na bardzo niskiej wysokości, dotarliśmy do Kijowa. Tu pogoda pogorszyła się do tego stopnia, że dalszą podróż musieliśmy odbyć pociągiem. Pociąg odchodził dopiero wieczorem następnego dnia. Mieliśmy cały dzień oczekiwania przed sobą. Trzeba było zaopatrzyć się w żywność na podróż (nasza eskorta głodowała podczas podróży tak samo jak i my), więc w towarzystwie naszego opiekuna (był to jeden z podporuczników, który opiekował się nami już w Częstochowie) udaliśmy się z Hudsonem do miasta. Kijów przedstawiał obraz straszliwego zniszczenia. Na próżno szukaliśmy banku, gdzie można by legalnie wymienić dolary. Ostatecznie dobiliśmy interesu w sklepie jubilerskim, gdzie za złotą monetę dolarową dostaliśmy 900 rubli. 500 rubli wydaliśmy natychmiast w sąsiedniej gastronomii na parę kilo kiełbasy i trochę chleba. Za resztę uiściliśmy dopłatę sleepingową w tak zwanym wagonie oficerskim. Dostaliśmy po dwa koce i po poduszce.

Podróż do Moskwy trwała noc, dzień i noc. 17 lutego rano dojechaliśmy na Kijewski Wagzał. Tam zapakowano nas do samochodu, który do złudzenia przypominał angielski wóz policyjny i zaczęliśmy krążyć po mieście bez wyraźnego celu, widocznie w poszukiwaniu dalszych instrukcji. Wreszcie zawieziono nas do gmachu, który – jak wskazywała tablica przy wejściu – stanowił jakiś oddział Narkominodzieł. Znaleźliśmy się sami w pokoju wyglądającym na salę konferencyjną. Byliśmy pewni, że czeka nas nieprzyjemna indagacja. Ale po dwóch godzinach oczekiwania otworzyły się drzwi i w towarzystwie dwóch oficerów sowieckich weszło dwóch oficerów brytyjskich. Odczytano nasze nazwiska, oficerowie brytyjscy pokwitowali i po chwili znaleźliśmy się w uczciwym samochodzie, który zawiózł nas do Misji Brytyjskiej przy ul. Komiternu. Wraz z nami był rzekomy Alun Morgan (ppor. „Jerzy”), a nawet rzekomy „akowiec”, którego nazwisko również figurowało na liście. „Akowca” w Misji nie przyjęto. Wyjechał po pół godzinie i nie wiadomo, co się z nim stało.

Rozpoczął się teraz miesiąc oczekiwania na wizy wyjazdowe z ZSRR. Trudna była sprawa „Jerzego”. Zainteresował się nią ambasador, którym był Sir Archibald Clark-Kerr. Nie mógł narażać swojego prestiżu wobec władz sowieckich przez ukrywanie identyczności „Jerzego”. Pamiętam taki moment – był obiad, na którym byli wszyscy obecni wraz z ambasadorem i pewnym enkawudzistą jako przedstawicielem Narkominodziełu. Hudson był przeciwny tej imprezie. Zgodził się na nią tylko pod presją ambasadora. Ale uważając się za żołnierza, a nie dyplomatę, wdał się przy obiedzie w zawziętą dyskusję z enkawudzistą o polityce sowieckiej wobec Polski, w czasie której rąbnął prosto z mostu to, co myślał. Miałem okazję podziwiać subtelną powściągliwość i takt wielkiego dyplomaty. Dzięki ambasadorowi obiad ten nie skończył się skandalem.

W czasie pobytu w Moskwie korzystaliśmy z pełnej swobody ruchów. Pomagałem płk. Hudsonowi w opracowywaniu ostatecznego raportu, często byłem w teatrze i operze. Nareszcie pod koniec marca zdobyliśmy upragnione wizy. Nie otrzymał wizy „Jerzy”, który jeszcze szereg miesięcy spędził w Moskwie, jednak był pod troskliwą opieką ambasadora, który ostatecznie zabrał go do Wielkiej Brytanii swoim samolotem. Naszą powrotną podróż odbyliśmy przez Astrachań, Baku, Teheran i Kair do Londynu. Wszystko samolotem. Ostatnią obawę przeżyłem w hotelu Inturista w Baku, gdzie przyczepił się do mnie członek recepcji, świetnie mówiący po angielsku. Nie spodobał mu się mój akcent. Do Londynu przybyliśmy na początku kwietnia.

Misja, jako się rzekło, była fiaskiem. Entuzjastyczny raport płk. Hudsona w najmniejszym stopniu nie mógł wpłynąć na sytuację i leży pewno gdzieś schowany głęboko pośród akt Foregn Office. Audiencja u lorda Sellowne’a, ówczesnego ministra wojny gospodarczej, miała charakter całkowicie formalny, podobnie zresztą jak przyjęcie u Mikołajczyka. W tych dwóch audiencjach brałem udział.
Zapowiadana audiencja u premiera Churchilla, o ile mi wiadomo, wcale się nie odbyła. Moi angielscy koledzy jednak wyzbyli się złudzeń co do Rosji. Solly Flood już w częstochowskim więzieniu z uśmiechem politowania mówił o swych dawniejszych poglądach na istotę stosunków polsko-sowieckich. W „Blackwood Magazine” z maja 1951 roku opublikował swoją osobistą relację z przebiegu Misji, nie zawsze dokładną w szczegółach, lecz świadczącą wymownie o zmianie nastawienia do Polaków. Jak mi wiadomo, Peter Kemp, który niedawno wydał swe wspomnienia z wojny domowej w Hiszpanii, pracuje obecnie nad nową serią wspomnień, które obejmują również jego udział w operacji „Freston”



Załączony list z dnia 7 kwietnia 1945 r. do gen. Stanisława Tatara ps. „Tabor”, podpisany przez gen. mjr. Colina Mc Veana Gubbinsa, głównego zwierzchnika Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE),potwierdza uczestnictwo kpt. Pośpieszalskiego w Misji Brytyjskiej w Polsce. W liście wyrażono duże uznanie dla kapitana, jego godnego poczucia odpowiedzialności oraz znajomość tematyki polskiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz